Plemiona

Czas czytania: 7 min
Pauli Murray

Zacznijmy od opisu dwóch eksperymentów.

Bierzemy 16 osób na grupie warsztatowej. Osoby mają się ustawić w szereg w kolejności od tego, który czuje się najmniej bogaty, do tego, który czuje się najbardziej bogaty. Osoby ze śmiechem zaczynają ze sobą rozmawiać i porównują swoje postrzeganie zamożności.  Ustawiają się, gdzieniegdzie zamieniają miejscami. Powstaje szereg. Prowadzący mówi: podzielcie się w połowie szeregu, na 2 grupy po 8 osób a następnie porozmawiajcie o swoich uczuciach w grupach.

Następnie niech 2 grupy staną naprzeciw siebie. I powiedzcie co czujecie do przeciwnej grupy. Padają pierwsze, z reguły grzeczne, słowa. Wy jesteście jacyś, a wy jacyś.  Potem dla ułatwienia powstają nazwy np. wy jesteście biedni, wy bogaci. Potem niezmiennie następuje zaognienie dialogu. Grupy wchodzą w konflikt, a osoby zaczynają się ze sobą kłócić. Jednostki niezmiennie wspierają swoich współplemieńców i atakują przeciwników, nawet gdy ci na początku stali obok nich w szeregu np. na 8 i 9 miejscu.

Ten eksperyment można przeprowadzić w absolutnie każdej tematyce. Atrakcyjności, bogactwa, wieku, a nawet wzrostu. Wnioski są dość proste. Jeżeli podzielimy się na grupy i nadamy im etykiety, to łatwiej nam się utożsamiać ze swoją grupą, i łatwiej odczłowieczyć grupę przeciwną.

Swoi i Obcy.

W bardziej naukowych warunkach przeprowadzono inny typ tego eksperymentu[1]

1.Ludziom podpiętym pod skaner fal mózgowych, pokazywano film na którym było wyświetlone 6 ludzkich rąk. Jedna z nich  w którymś momencie była przebijana na wylot igłą od strzykawki. (Okropne wiem, Ty sobie to tylko przypadkiem wyobraziłeś i źle się z tym czujesz. Oni to widzieli)

Na skanerach pojawiała się aktywność w obszarze odpowiedzialnym za ból. Widząc coś takiego nasze mózgi reagują jakbyśmy sami tego doświadczali.

To informacja o naszym wbudowanym systemie empatii.

2. Ludziom pokazywano 6 ludzkich rąk, tylko dodano do nich podpisy oznaczające religie. Chrześcijanin, żyd, muzułmanin, ateista, scjentolog, hindus. Co się działo? Ludzie reagowali o wiele bardziej na ręce oznaczone słowem dla swojej religii (lub ateizmu), a mniej reagowali na ręce oznaczone obcymi religiami. Bez znaczenia z jakiej religii był badany. Za każdym razem bardziej reagował na swoich niż obcych.

3. Dodano przed eksperymentem następującą historię: Wielka wojna podzieliła świat na 2 obozy. 3 religie w jednym, 3 w drugim.

I znów te same filmy z rękami i oznaczeniami. Co się dzieje dzięki takiej historii? Reagujesz bardziej na swoich. Przestajesz reagować na wrogów. Reagujesz na swoich sojuszników, ale troszkę mniej niż na swoich.

4. Jeszcze inna wersja. Na początku eksperymentu kazano uczestnikowi rzucić monetą. Jeśli wypadł orzeł, to dostawał etykietkę Augustynianina, jeśli reszka, to Justynianina. Rozumiesz? Coś zupełnie z kosmosu. Nieistniejącego jeszcze minutę wcześniej. Potem opowiadano historię, że trwa wojna tych rodzin.

Następnie pokazywano ręce z etykietkami. Wyniki? Ludzie, którym rzut monetą nadał etykietkę Augustynianina, bardziej reagowali na ręce ze swoją etykietą, a mniej na ręce z przeciwną. I vice versa.

Wnioski z eksperymentów

To naprawdę podstawowe oprogramowanie. Wręcz hardware.

Mamy tu do czynienia z naprawdę fundamentalną właściwością istoty ludzkiej. Absolutnie podstawowym oprogramowaniem. Żadna tam kultura, żadna religia, nas tego nie uczy. My tu mamy do czynienia z odpowiedziami na poziomie odruchów bezwarunkowych. Absolutnie każdy człowiek dba bardziej o swoich niż o obcych. Kiedyś to oczywiście był temat plemienia, które razem mieszkało, wędrowało, polowało i było związane genetycznie. Ale okazuje się, że ten system swój-obcy przeniósł się w naszą współczesność. System reakcji swój obcy jest starodawny. Ale we współczesności jego zapalnik przeniósł się w system etykiet.

Tzn. Najpierw jest test etykiet, następuje segregacja na swój-obcy. Potem przeciwstawne reakcje zarezerwowane dla tych kategorii.

Etykiety plemienne.

Etykietką może być wszystko. Narodowość, drużyna piłkarska, płeć. Ze skrajniejszych i straszniejszych w skutkach przykładów, kolor skóry, kasta, klasa społeczna, czy Tutsi vs Hutu i ludobójstwo w Rwandzie. Ale w mniejszej skali firma dla której pracujesz vs konkurencja. A w firmie może to być też np.; programiści vs HR, drugie vs trzecie piętro, pracownicy vs zarząd, albo też grupa początkująca vs zaawansowana na angielskim.

Z mojego podwórka wiem, że nawet w środowisku międzynarodowej psychoterapii trwa sobie cudowna, kulturalna zimna wojna między modalnościami. Humanistyczne vs CBT vs Psychodynamiczne vs …(pozostałe 200 modalności). Innymi słowy wszyscy przeciw wszystkim.

Jeśli się troszkę zastanowisz to podejrzewam, że znajdziesz też kilka przykładów z własnego doświadczenia.

Pamiętaj! To są podstawowe ludzkie reakcje. Pojawia się etykieta na podstawie której dzielisz na swój obcy i już nie masz wyboru, czy reakcję się pojawią czy nie. Pojawią się. One są niezbywalne. Tak jak potrzeba powietrza. Zdarzyło mi się obserwować absolutnie empatycznych dojrzałych i poukładanych ludzi, po przepracowanych 1000-cu lub więcej godzinach psychoterapii własnej, którzy dostają białej gorączki na myśl o ludziach z innej modalności.

Jeśli myślisz, że to da się przepracować albo od tego uciec… to czeka cię ciekawa przygoda. Nie da się. Nie przestaniesz być człowiekiem.

Kiedy twój brat kreśli koło…

Dla przyjaciół jest empatia i pomoc, dla przeciwników odczłowieczenie i przemoc. Dla swoich miłość, wyrozumiałość, wsparcie i dialog; dla obcych oskarżenie, wykluczenie i pogarda.

Poznajesz to?

Pewnie nawet w tej chwili jeśli jesteś za PIS to pewnie myślisz, że te złe cechy tyczą się tylko LGBT+ i polityki tożsamości . A jeśli walczysz o prawa kobiet to może myślisz, że to Kościół katolicki dzieli i odczłowiecza, więc dlatego musi upaść albo wręcz trzeba go zniszczyć

Odpowiedź jest smutniejsza. Kości nienawiści zostały rzucone już podczas nadania nazw i rozdzielenia miejsc w plemionach. Nie możemy pięknie się różnić jak długo wydaje nam się, że nie mamy nic wspólnego…

…Ty kreśl większe aby was zjednoczyć.

Na szczęście mamy coś wspólnego.  Po pierwsze jesteśmy ludźmi. I naprawdę z doświadczenia w gabinecie wiem jedno, zawsze mamy coś wspólnego. Wszyscy czujemy, myślimy, mamy pragnienia i dążenia. Potrzeby. Wszyscy. Wszyscy też traktujemy swoich i obcych inaczej. I wszyscy dzielimy na swoich i obcych, choć troszkę inaczej. To jest absolutnie jednakie plemię. Ponad kulturą i religią. Mamy serca i płuca, wątroby i mózgi. Układ nerwowy i takie same zmysły. Wnętrze człowieka jest takie same w Ameryce południowej, Europie, Afryce i na Syberii. Joseph Campbell twórca pojęcia monomitu kiedy zauważył, że oddalone od siebie społeczności stworzyły niezależnie bardzo podobne mitologie, właśnie tak to tłumaczył. Wnętrze człowieka -Anthropos- jest takie same. To mamy wspólne. Należymy do plemienia ludzkiego.

Ale to nawet nie trzeba takiej pompy. To większe koło może być o wiele mniejsze.

Kiedy zaczynasz nienawidzić etykietujesz. Kiedy etykietujesz odczłowieczasz i łatwiej nienawidzić. Nie możesz przestać etykietować. Więc po prostu postaraj się znaleźć trochę większe koło. Zadaj sobie pytanie co mam wspólnego z tym drugim człowiekiem.

Zamiast powiedzieć wy z cholernego HR. Powiedz my pracownicy firmy…

Zamiast powiedzieć wy kobiety, czy wy mężczyźni, powiedz my dorośli.

Zamiast powiedzieć wy homosie, czy wy katole. Powiedz my Warszawiacy.

Zamiast powiedzieć wy moherowe berety, pisowcy, feminazistki, czy lewacy. Powiedz my Polacy.

Powiedz sobie te zdania w głowie albo na głos…i zobacz jak to wszystko zmienia

Albo po prostu powiedz my ludzie.  

Twój wybór jest taki. Jeśli chcesz nienawidzić, to szukaj różnic, etykietuj i dziel. Jeśli dzielisz, to wiedz, że uruchamiasz mechanizmy silne i pradawne. Mechanizmy odbierające obcym ludzkie prawa, prawa do współczucia dla nich i prawa do dialogu. Nieważne po której stronie stoisz. Jeżeli tworzysz strony, to tworzysz miejsce do wojny. Jeżeli dzielisz to wiedz, że uruchamiasz mechanizmy które mogą prowadzić do przemocy. I wiedz, że nie przestaniesz etykietować, więc jeśli chcesz dialogu to szukaj wspólnoty. Kreśl większe koło aby nas zjednoczyć…bo etykiety mogą nas dzielić lub łączyć.

Legia! Legia!

Na koniec przypomniała mi się anegdotka. Czekałem sobie kiedyś jak byłem na studiach albo w liceum, na przystanku, na autobus nocny. Akurat był jakiś mecz Legii. Poznałem po tym, że jakiś podpity chłopak śpiewał sobie na przystanku Legia! Legia! Oczywiście wokół niego szybko zrobiło się pusto. Czekałem sobie dalej… Po kilku minutach dało się słyszeć kolejny podpity głos i powoli zbliżające się Legia ! Legia! Kolejny chłopak w szaliku znalazł się na przystanku. Zaśpiewali razem Legia! Legia! Zaczęli ze sobą przybijać piątki, obejmować się i przyjacielsko rozmawiać. Niezbyt umieli dobrać głośność do warunków, więc słyszałem wszystko. Ej skąd jesteś? A ty? Ja z Woli. Ja też. A kogo znasz? Tu padły jakieś nazwiska. Nazwy ulic. Chłopaki powoli znajdowali znajome nazwy, ale niestety okazywało się, że te nazwy ich dzieliły. Bo szkoła obok, ale jednak konkurencyjna. Bo ulica i paczka znajoma, ale jednak nie własna. Rozmowa zaczęła się zmieniać z przyjacielskiego poszukiwania, we wzajemną niechęć i niepokój. Przybijanie piątek zmieniło się w naprężone sylwetki. Odsunęli się od siebie i widać było, że rośnie napięcie i zaraz skończy się to pijacką bójką.

Szczerze mówiąc sam byłem po kilku piwach. Niezbyt myślałem, więc intuicyjnie podszedłem do nich i zaintonowałem ciche Legia, Legia!… Po drugim Legia! Legia! Podchwycili. Zaczęliśmy śpiewać razem i po chwili znów się obejmowali i śpiewali w najlepsze, hymny swojego klubu. Zjednoczeni zapomnieli o wszystkim… a ja wycofałem się i spokojnie doczekałem na autobus.

Wszyscy jesteśmy z jednego plemienia, więc kreśl większe koła aby nas zjednoczyć…

Michał Szadkowski – O mnie

Jeśli chodź trochę Ci się podobało, będzie mi miło jak skomentujesz lub udostępnisz:)


[1] 1Empathic Neural Responses Predict Group Allegiance

Don A. Vaughn,1,2,† Ricky R. Savjani,3,† Mark S. Cohen,1 and David M. Eagleman4,*

Share

Hardware i software. Pochwała człowieka w 700 słowach.

Czas czytania: 4 min

Spójrzmy na człowieka. Moim zdaniem najwspanialsza istota w znanym do tej pory wszechświecie. Najnowszy model hardware`u i całkiem niezły wybór software`u . Projekt kilkuset milionów lat ewolucji. Osobiście ostatnio do mnie dotarła całkiem oczywista rzecz. Nasze ciało to jeden z najbardziej wyrafinowanych projektów we wszechświecie. Filmy, kultura i wiadomości o epidemiach, działają na mnie podprogowo w taki sposób, że wydaje mi się, że nasze ciała są kruche i delikatne…ale to brednie. Jesteśmy kręgowcami. To jest ogromny skok rozwojowy vs bezkręgowce. Jesteśmy stałocieplni. Żadnego wygrzewania się na głazach żeby przetrwać! (kij wam w oko salamandry!!) I układ odpornościowy. O mój boże…

Układ odpornościowy

…Nasz układ odpornościowy to marzenie designu!!! Ostatnio oglądałem film na Kurzgesagt o eboli. O jednym z najbardziej śmiercionośnych wirusów jaki grasuje. Linki na dole. W tym 5minutowym filmie po wyjaśnieniu jak ten wirus sprytnie niszczy (a ciekawe jest to, że atakuje po pierwsze komórki układu odpornościowego), podana jest straszna wiadomość, że około 6 na 10 osób ginie. Dokładnie 53%. Rozumiesz? Najbardziej śmiercionośny wirus, który specjalizuje się w niszczeniu naszego układu odpornościowego, a dopiero potem reszty, ma wynik 53%. To znaczy, że nasz układ odpornościowy jest takim kozakiem, że nawet na to znajduje odpowiedź. Rozumiesz? Jakby ktoś mi powiedział, że dostane najbardziej śmiercionośny wirus to brzmi  to jak auto kaput. A tu ktoś mówi, hej masz śmiercionośną gorączkę krwotoczną i 47 procent szans na przeżycie, bo masz totalnie wypasiony układ odpornościowy. Tu przecież chodzi o wyspecjalizowanego zabójcę a osiąga 53%. I jest to najlepszy wynik jaki uzyskują wirusy. Czyli takie ledwo zaliczone na egzaminie, taka 3 z minusem. Innymi słowy nasz układ odpornościowy to naprawdę trudny orzech do zgryzienia. Jakoś te liczby sprawiły, że zacząłem totalnie doceniać sprzęt na jakim operujemy.

Czemu jest taki skuteczny? Gdyż jest inteligentny i uczy się. I to bardzo szybko. Nie z pokolenia na pokolenie, ale z godziny na godzinę. Moim zdaniem proces ewolucji doprowadził nasz układ odpornościowy do miejsca kiedy jego zmiana i usprawnienie, nie jest już ograniczona powolnością procesu ewolucji. I to jest zupełnie nowa jakość. Kategorycznie zwiększone możliwości przystosowania się do środowiska.

Chwilka o naszej genetyce.

Słuchałem kiedyś serii wykładów Roberta Sapolsky`ego ( dziękuje ci YT za to, że nie musiałem się dostawać na Stanford, tylko Stanford dostawał się do mnie, przez słuchawki, podczas dojazdów do pracy). Jeśli masz wolne 40h gorąco polecam. Link na dole

Pamiętacie pewnie ze szkoły, że posiadamy DNA i geny, i że one decydują o wielu rzeczach np. o wszystkim :D. Ale nie mówią nam jednego. Nasz kod genetyczny to nie kilka tysięcy genów. Nasz kod to kilka tysięcy genów, które zajmują kilka procent naszego DNA. Powiedzmy 10%. Naukowcy myśleli, że reszta, czyli pozostałe 90%, to jakieś zanieczyszczenia np. DNA wbudowanych śpiących wirusów. Naukowcy zmienili zdanie. Okazuje się, że pozostałe 90% to warunkowe pętle ekspresji (JEŻELI–> TO). To znaczy, że większość naszego DNA to oprogramowanie, które reaguje na bodźce z otoczenia i w zależności od tych bodźców troszkę inaczej nas buduje. Pewnie ktoś słyszał, że mamy bardzo dużo DNA wspólnego z małpami. To prawda, wśród tych 10% jest podobno niewiele różnic. Kostki do budowy mamy bardzo podobne. Ale oprogramowanie jest diametralnie inne. Rozumiesz, z cegieł możesz zbudować i lepiankę i Notre Dame, zależy jak jej użyjesz.

Fakt, że na ekspresję naszej genetyki ma wpływ także informacja zwrotna ze środowiska, niesie też ze sobą ciekawą myśl. Nasze środowisko wewnętrzne np. poziom hormonów stresu także wpływa na niektóre pętle ekspresji. Co to znaczy? Np. Jeżeli zaczynasz lepiej o siebie dbać, to masz niższe poziomy kortyzolu (hormonu stresu). A w związku z tym, że część ekspresji DNA zależy od poziomu kortyzolu, to zaczynasz się zmieniać na poziomie komórek. Zmiana psychiczna odbudowuje się po pewnym czasie na poziomie molekularnym, żeby lepiej się dostosować do warunków w których żyjesz i które sobie zapewniasz. Niech ci przez myśl nie przejdzie oddzielać psychologii od biologii. To są rzeczy współoddziałujące na siebie. W obie strony.

Inny wniosek jest taki, że twój brat bliźniak który wyrastałby na Saharze byłby trochę inny niż brat bliźniak, który wyrastałby na Antarktydzie i inny niż brat bliźniak który miałby więcej powodów do zmartwień niż ty i inny niż taki, który miałby mniej. Itd. Itp.  Ciekawe też jak wyrosną ludzie urodzeni w przestrzeni kosmicznej, lub na księżycu , lub na marsie…

Czyli podsumowując znów mamy przykład jak powolny proces ewolucyjny doprowadził nas do miejsca, w którym dostosowanie się do warunków otoczenia, może przebiegać o wiele szybciej, niż z pokolenia na pokolenie. Tylko w trakcie życia osobnika.

Kawał dobrego sprzętu mówię wam! Kawał inteligentnego sprzętu. Wyczerpało mi się 700 słów a nie chce mi się zmieniać tytułu, więc w następnej części o ostatecznym hardware który mamy w posiadaniu i o co chodzi z software.

Michał Szadkowski – O mnie, Jeśli chodź trochę Ci się podobało, będzie mi miło jak skomentujesz lub udostępnisz:)

https://www.youtube.com/watch?v=sRv19gkZ4E0 – o Eboli

https://www.youtube.com/watch?v=zQGOcOUBi6s –  a tu o okładzie odpornościowym.

https://www.youtube.com/watch?v=NNnIGh9g6fA&list=PL848F2368C90DDC3D – Human Behavioral Biology Robert Sapolsky

Share

Efekt Bottleneck…

Czas czytania: 4 min

Synek pokazał mi dzisiaj książkę dla dzieci. Było tam kilka rekordów. Był tam najwyższy (2,72m) człowiek świata , Usain Bolt i jego rekord na 100m sprintem, a także coś przez co piszę ten tekst. Zerknąłem na rekord wstrzymywania powietrza i mnie zatkało (-ha, ha- gra słów). Wedle tej książki jakiś człowiek zdołał wytrzymać bez powietrza 24 minuty. Aż musiałem to sprawdzić…Wychodzi na to, że mój osobisty rekord w smogo-Warszawie, w kwietniu, to coś koło 1min 14 sekund. Pewnie dałbym radę to wytrenować, skorzystać ze specjalnych technik oddechowych i po takiej pracy, pobić swój rekord o jakąś minutę. Spodziewałem się, że człowiek, ze specjalną predyspozycją genetyczną, po ciężkim treningu, da radę może, 5-6 minut. Ale 24 minuty?! To jest jakiś kosmos.

Rekordzisto! Brawo Ty! Ale ja nie o tym. Moje myśli krążą przy pewnej koncepcji ewolucji.

Szybko vs stopniowo, czyli teoria „Bottleneck” albo efekt wąskiego gardła.

Zarówno ja, jak i ten człowiek, należymy do jednego gatunku. W obecnym świecie supermarketów i internetu właściwie nie ma znaczenia, że on umie na długo wstrzymać oddech, a ja nie. Ale…wyobraźmy sobie inne środowisko…

Np. jakaś apokalipsa i znika cały świat oprócz jednej plaży. Trafia tam ostatnia ludzka populacja. W tym ja i ten rekordzista. Jedyne jedzenie jest w morzu. Trochę na płytkich wodach, ale im głębiej tym więcej. Taka półka w morskim supermarkecie, gdzie im głębiej tym bogaciej i lepszej jakości. W skrócie, to czy ktoś może wytrzymać dłużej pod wodą, będzie się przekładać na to, czy chodzi głodny, czy syty. Czy ma nadwyżki, którymi może się podzielić z partnerką i potomstwem, czy umiera z głodu. Oczywiste jest, że umiejętność wstrzymywania oddechu zacznie mieć ogromne znaczenie. Osobniki z moją wersją genów odpowiadających za ta cechę, zaczną znikać, a te z wersją rekordzisty i jemu podobnych, zaczną się rozprzestrzeniać. Po kilku pokoleniach w populacji zostanie właściwie tylko wersja genu naszego rekordzisty. A moje linie genetyczne raczej wygasną ( chyba, że złączą się z konieczną do przetrwania wersją genu). Nagle cała populacja będzie miała średnią wstrzymywania oddechu na poziomie 24minut. A nowi rekordziści o wiele więcej.

Teoria „Bottleneck” mówi o tym, że w danej populacji może być ogromna ilość wersji danego genu (tutaj np zdolność wstrzymywania oddechu), tylko ta wersja nie musi mieć dużego znaczenia, w danych warunkach. Ale po nagłej zmianie środowiska, wersje genów, które nie miały wczoraj znaczenia, dziś stają się biletem do przeżycia, a jak osobnik ich nie posiada, to niestety… staje się legendą (tak mój syn mawia, o znikających, czekoladowych króliczkach).

Chodzą słuchy, że jakieś 50 tysięcy lat temu, przydarzyło się to ludziom. Nasze linie genetyczne, patrząc wstecz, zbiegają się bardzo w tamtym czasie. Co oznacza, że wszyscy pochodzimy od jakiejś niewielkiej populacji, która miała na tyle szczęścia, że posiadała jakąś specjalną mutację. Jakiś wybuch superwulkanu lub inna zmiana środowiska sprawiła że tylko oni przeżyli.

Stopniowo, gradientem.

Jest to poszerzenie koncepcji stopniowej mutacji, która mówi o powolnych zmianach poszczególnych cech na przestrzeni, wielu tysięcy lat. Np wedle tej wersji, żyrafa miała przodka o bardzo krótkiej szyi i po kolei przodków, o coraz dłuższych szyjach.

Koncepcja stopniowa jest oczywiście prawdziwa (chociaż chyba akurat nie w przypadku żyrafy). Ale oprócz tego, mogą zajść warunki do bardzo szybkich zmian. Innymi słowy na naszej plaży zostanie tylko populacja z genem długiego wstrzymywania oddechu (teoria „Bottleneck”), ale jednocześnie, z pokolenia na pokolenie, rekord wstrzymywania oddechu będzie stopniowo wzrastał („teoria stopniowa”) .

Kilka przykładów z historii

Takie rzeczy wydarzały się też, w naszej niedalekiej przeszłości. Np. populacje Indian obu Ameryk zostały zdziesiątkowane, przez wirusy, które przywieźli Europejczycy. Dla 16-17 wiecznych, kolonistów wirusy były niegroźne i właściwie normalne. Wyewoluowali w ich towarzystwie (Czytaj: ci co nie mieli danych mutacji, stali się legendą już bardzo dawno) Ale dla Indian, którzy nie posiadali, w swoim środowisku, danych patogenów i nie ewoluowali odpowiednich na nich odporności, kontakt z nowymi wirusami był katastrofą.

Inny przykład to niektóre plemiona wysp Pacyfiku. W plemionach tych, w ciągu kilku pokoleń, od kontaktu z europejską dietą (łatwo dostępnym cukrem), duży procent populacji poumierał z powodu ciężkiej cukrzycy. Zostali tylko ci, którzy mieli odpowiednią mutacje/ wersje genu, odpowiedzialnego za syntezę insuliny (szczegóły mogę mylić).

Innymi słowy nie myślmy sobie, że ewolucja się skończyła, albo zatrzymała. Proces czyha i nic sobie nie robi z faktu, że roimy sobie o omnipotencji naszych umysłów, albo że człowiek jest już ponad naturą…

Zastanawiam się, czy za 50-100 lat, na ziemi nie będą żyć ludzie, którzy są odporni na problemy z kręgosłupem od siedzenia przy monitorach lub niepotrzebujący zbyt wiele wysiłku fizycznego. A może tacy, którzy spokojnie sobie radzą z wysokoprzetworzona dietą opartą głównie na ciastkach i czekoladowych króliczkach…

Tymczasem czas na kilka tysięcy kroków i i trochę warzyw. Żeby, no wiecie, za szybko, nie stać się legendą…

Michał Szadkowski – O Mnie

Edit: Sprawdziłem w końcu źródło, okazuje się, że te 24 minuty zostały osiągnięte po wzięciu oddechu jakąś specjalną mieszanką tlenową, która, jak rozumiem wydłuża czas, który można wytrzymać bez oddychania. Ten sam rekordzista posiada rekord na normalnym oddechu i wynosi on 10 minut. Co i tak jest imponujące ale pewnie nie skłoniłoby mnie do pisania:). Niemniej jednak nie chciało mi się zmieniać całego tekstu)

Michał Szadkowski – O mnie, Kwiecień 2020

Jeśli chodź trochę Ci się podobało, będzie mi miło jak skomentujesz lub udostępnisz:)

Share

Dopaminowy detoks

Czas czytania: 3 min

Ten wpis to praktyczna kontynuacja postu o dopaminie. Jeśli nie wiesz o czym mówię, to zapraszam najpierw tutaj.

Droga czytelniczko, drogi czytelniku!

Dopaminowy detoks to odpowiedź na pewien mechanizm obniżenia nastroju z powodu uzależnienia od bodźców. W dużym uproszczeniu to uzależnienie wygląda mniej więcej tak: w mózgu normalnie jest, powiedzmy, 100 jednostek dopaminy. Czujesz się normalnie. Jak pierwszy raz otrzymujesz nowe bodźce to masz 150 jednostek. Jest niezła jazda. Następnie po jakimś czasie, mózg się dostosowuje, bo na dłuższą metę nie daje rady z taką dawką. Zmniejsza normalne stężenie do 80, a jak szukasz bodźców, do powiedzmy 120. Potem 70 i 100. Co oznacza, że musisz kompulsywnie dostarczać bodźców, żeby czuć się normalnie, inaczej odczuwasz obniżenie nastroju. Bodźcem może być ogromna ilość rzeczy. Przykłady poniżej, na liście w dalszej części…

Dopaminowy detoks nie jest odpowiedzią na ciężkie uzależnienia od substancji. Jeśli borykasz się z czymś takim, lepiej udaj się do specjalisty, np. tutaj. Jest to raczej ćwiczenie higieny psychicznej we współczesnym, szybkim, świecącym i walczącym o naszą uwagę świecie.

Dopaminowy detoks oferuję w 2 wersjach, umiarkowanej i totalnej.

Dopaminowy detoks-wersja umiarkowana

Zalecenia: raz w tygodniu

Cel: Dopaminowy detoks to zapewnienie sobie solidnej porcji nudzenia się żeby:

  • po pierwsze, chemia w mózgu, troszkę wróciła do normy,
  • po drugie, żeby nuda pchnęła cię do produktywności i pożytecznych zachowań. 😊

Przepis:

  1. Wybierasz jeden dzień w tygodniu np. środę lub sobotę (sobota jest trudniejsza 😊).
  2. Wpisujesz sobie do kalendarza.
  3. Tworzysz listę rzeczy zakazanych i rzeczy dozwolonych.
  4. Umawiasz się ze sobą, że od przebudzenia aż do zaśnięcia, możesz tylko się nudzić lub robić rzeczy z listy dozwolonej.
  5. Na koniec dnia spisujesz listę rzeczy, z którymi miałeś problem. To jest dla ciebie wskazówka, że warto się temu przyjrzeć😊.

LISTA:

Zakazane:

  • Netflix
  • TV
  • Słuchanie muzyki w każdej formie
  • Telefon (jeśli z jakiś powodów musisz być w kontakcie, ustal sobie ścisły harmonogram, np. że sprawdzasz tylko raz na 1h lub 2h, o pełnej godzinie)
  • Facebook
  • Instagram
  • Gry komputerowe (wszystkie wersje, mobilne, PC czy konsole)
  • Newsy telefoniczne
  • YouTube
  • Internetowa pornografia
  • Pudelek czy inne Onety
  • Wszelkie przeglądanie Internetu
  • Masturbacja
  • Zakupy przez Internet
  • Fast food i Słodycze (chipsy batoniki, czekolada itd. Itp.)
  • Wszelkie kombinacje powyższych😊
  • Itp. Czyli wszystkie rzeczy dające dopaminowego kopa i nie dające nic w zamian.
  • Miejsce na twoje typy…

Dozwolone :

  • Ćwiczenia fizyczne
  • Joga
  • Jedzenie normalnych posiłków
  • Medytacja
  • Wszystkie obowiązki w pracy
  • Spacer
  • Nauka języków
  • Czytanie książek bez obrazków
  • Nauka (ale bez Wikipedii i YouTube)
  • Rozpoczęte wcześniej kursy internetowe
  • Sprzątanie
  • Miejsce na twoje pożyteczne rzeczy…
  • Czyli wszystkie rzeczy, które są dla ciebie zdrowe i pożyteczne. (Facebook nie jest dla ciebie tego dnia użyteczny, uwierz mi😊) 

Drogi czytelniku, jeśli przeraża cię myśl o takim dniu, możesz najpierw spróbować wersji skróconej. Np. po pracy. Czyli od zakończenia dnia pracy, do zaśnięcia. Albo 8h w dzień wolny. Np. 8h od przebudzenia.

Dopaminowy detoks-wersja totalna.

Zalecenia: raz na jakiś czas, np. raz w miesiącu.

Cel: Totalny dopaminowy detoks. Twoje zadanie tutaj to naprawdę się ponudzić i wyciszyć. Chrzanić produktywność! Wersja totalna to wyzwanie*. Tutaj również możesz spróbować najpierw 8 godzinnej opcji. Po takim dniu zaczniesz się ślinić na samą myśl o tym, że mógłbyś porozwiązywać krzyżówkę…

Przepis:

Ustalasz dzień w którym dozwolone jest tylko: jedzenie, spacery (ale bez zwiedzania) i medytacja.

Zakazane jest: używanie telefonu, komputera/laptopa, telewizora i radia. A także wszelkiego innego sprzętu w tym, samochodów, motocykli, rowerów, hulajnóg i rolek.

*Ta wersja wymaga troszkę więcej. Najlepiej połączyć ją z wyjazdem w odludne miejsce.

I co wy na to ?

Ktoś podejmuje wyzwanie?

Michał Szadkowski – O mnie

Jeśli chodź trochę Ci się podobało, będzie mi miło jak skomentujesz lub udostępnisz:)

Share

Co się rymuje z „Tinder”, rybki i kasyna?…Dopamina…

Czas czytania: 6 min

Zróbmy sobie eksperyment: Weźmy klatkę Skinnera. Klatka ma przycisk i podajnik jedzenia. Zamykasz w niej zwierzaka. Badasz. Zwierzak to może być szczurek, gołąb lub myszka. Weźmy taki konkretny myślowy eksperyment z myszką (myślowy, dzięki czemu żadna myszka nie ucierpi :D).

Są 3 rodzaje klatek. Różnią się tym, co się stanie, kiedy myszka naciska przycisk:

  1. Nic się nie dzieje.
  2. Dostaje smakowity posiłek.
  3. Losowo, dostaje posiłek lub nic się nie dzieje.

Wyniki. Myszka naciska przycisk i:

  1. Nic się nie dzieje–> Myszka przestaje interesować się przyciskiem.
  2. Dostaje smakowity posiłek –> Myszka naciska przycisk, mniej więcej jak jest głodna. W innych przypadkach przestaje interesować się przyciskiem.
  3. Losowo–> Myszka bardzo interesuje się przyciskiem–> Kompulsywnie naciska przycisk, czy jest głodna, czy nie.

W opcji 3 „losowej” dzieją się też czasem ciekawe rzeczy np.

  • Niektóre zwierzaki przestają interesować się jedzeniem. Podobno był taki przypadek, że gołąbek naciskając przycisk zemdlał z głodu, mimo że tarzał się w podawanych posiłkach.
  • Niektóre zwierzaki przestają interesować się seksem. Niektóre samczyki myszek wybierały naciskanie przycisku pomimo tego, że do klatki wkładano samiczkę w rui…

Rozumiesz? W skrócie…

LOSOWOŚĆ NAGRODY UZALEŻNIA

„Tinder” i Kasyna.

Wyobraź sobie kasyno. Nie wiem jak ty, ale ja zawsze widzę stoły do gry w ruletkę i wielki pokój pełen jednorękich bandytów. Jednoręki bandyta, to nic innego, jak klatka Skinnera w wersji dla ludzi. Krzesełko. Przycisk. Losowa nagroda. Uzależnienie od hazardu. Kasyno to nic innego, niż właśnie człowiek, umieszczony w klatce z losową nagrodą.

Opowiem inną historię. Parę lat temu jechałem autobusem i bezmyślnie patrzyłem sobie, a to na okno, a to na pasażerów, a to na ich ekrany smartfonów. Moją uwagę przykuł jeden gość, siedział do mnie plecami, widziałem tylko jak jego kciuk wykonuje szybkie ruchy z lewa na prawo. Myślałem, że to jakaś fajna mobilna gierka, ale na jego ekranie szybko przesuwały się zdjęcia kobiet. Prawo, prawo , lekkie zawahanie…prawo, prawo. Zrozumiałem, że tak wygląda Tinder, o którym dopiero co robiło się głośno. Moja część osobowości, owładnięta teorią gier, powiedziała do mnie:

 – Patrz Michał, ten koleś wybrał wygrywającą strategię. Zwiększa ilość powtórzeń, a przez to zmniejsza wariancję i upewnia się co do wygranej w krótszym okresie czasu.

Innymi słowy postawiłbym pieniądze, że ten koleś znalazł tego wieczora wybrankę…Niestety teraz, coraz częściej, zamiast zwycięzcy rachunku prawdopodobieństwa, widzę myszkę, która naciska przycisk w swojej klatce, mimo że tonie w jedzeniu…

Toksyczny związek

Jeszcze inny przykład takiej klatki to tzw. toksyczny związek. Czyli taki, w którym jest ogromna ilość cierpienia, potrzeby są niezaspokajane, brakuje komunikacji, czasem partner/partnerka jest uzależniony od substancji… ALE, od czasu do czasu jest inaczej. Kiedy już jesteśmy jedną nogą w drzwiach, żeby odejść, mówi, że właśnie zaczyna terapię. Obiecuje, że się zmieni. I faktycznie tak jest, istny miesiąc miodowy na dzień, tydzień lub miesiąc, a potem toksyka od nowa.

Można taką historię powiedzieć w formie zdania (pewnie każdy słyszał jakąś wersję): „Kiedy pije jest potworem, ale jak jest trzeźwy to taki dobry, empatyczny człowiek. Do rany przyłóż”…Tylko nigdy nie wiadomo kiedy jest trzeźwy…

Sprawdzamy czy wszystko jest…Przycisk? Kontakt z toksycznym partnerem i próby jego zmiany. Losowość nagrody? Od czasu do czasu jest lepiej albo nawet cudownie.

Niestety, witamy w klatce. Czasami, ludzie sami nie rozumieją dlaczego w tym tkwią. Często pomagam klientom w zrozumieniu tego mechanizmu. W zrozumieniu, że w tej toksyce jest pewien rodzaj przyjemności i uzależnienia. Dlatego tak trudno się z tego wyrwać. Tak jak człowiekowi, który przegrywa pensje na automatach, chociaż racjonalnie przecież wie, że ma rachunki do zapłacenia…A wszystkiemu winna…

Dopamina    

Ostatnie badania pokazują, co się dzieje w mózgu myszki (albo istoty ludzkiej, w człowieczej wersji klatki). Okazuje się, że w sytuacji nieprzewidzianego zysku (w momencie użycia przycisku i niespodziewanego otrzymania jedzenia), układ nagrody w mózgu myszki, strzela jej mocną dawkę neuroprzekaźnika dopaminy. Następnie, ten sam układ, łączy przycisk z tą nagrodą. A robi to, wydzielając jeszcze większe dawki dopaminy przy używaniu przycisku…

Czyli, istnieją dwie fazy odczuwania przyjemności związanej z nagrodą: faza konsumpcji i faza przygotowawcza. Dopamina jest często wydzielana silniej w fazie przygotowawczej. Czyli:

Oczekiwanie nagrody jest przyjemniejsze, niż sama nagroda.

Albo inaczej:

Czynności prowadzące do nagrody są przyjemniejsze, niż sama nagroda.

Wiesz jak działa dopamina? Jest to tzw. neuroprzekaźnik przyjemności.

Przypomnij sobie swój ulubiony posiłek i jak dobrze się czułeś po jego zjedzeniu. Ta przyjemność jest przesyłana za pomocą dopaminy. To jest układ nagrody. Takimi rzeczami mogą być jedzenie, fajna randka z atrakcyjną osobą, seks, ale też, „like” na Facebooku lub wiadomość od przyjaciela. To wszystko jest przyjemne. Troszkę zdrowej dopaminki.

Faza przygotowawcza to oczekiwanie na tą nagrodę. Większa dawka dopaminki.

Jednak część z tych rzeczy, wpada do losowej klatki i w fazie przygotowawczej, wchodzi do gry wzmocnienie od układu niespodziewanej nagrody. Duża, wzmocniona dawka dopaminki.  Np. gdy nie wiesz, czy odbędzie się dziś jakaś randka, ale kiedyś spotkało cię bardzo przyjemne, niespodziewane doświadczenie, dostajesz wzmocnienie w fazie przygotowawczej. Dzięki temu szukanie jest przyjemniejsze i masz do niego motywację. Przesuwasz w prawo. A po jakimś czasie, randka nie ma znaczenia, liczy się tylko szukanie.

Mamy uzależnienie. W dużym uproszczeniu wygląda to mniej więcej tak: W mózgu normalnie jest powiedzmy 100 jednostek dopaminy. Czujesz się normalnie. Jak szukasz losowej nagrody to masz 150. Jest niezła jazda. Następnie po jakimś czasie, mózg się dostosowuje, bo nie daje rady z taką dawką na dłuższą metę. Zmniejsza normalne stężenie do 80, a jak szukasz, do powiedzmy 120. Potem 70 i 100. Co oznacza, że musisz grać w przycisk, żeby czuć się normalnie,  inaczej masz obniżenie nastroju.

Rybki i grzybki.

Zastanawiałem się kiedyś, co ludzie widzą w łowieniu ryb. Albo w chodzeniu na grzyby. Ja mam z tymi czynnościami raczej mini-traumę. Matka czasem zabierała mnie na grzyby. Tylko nigdy nie udawało mi się nic znaleźć…Kiedy po godzinie chciałem wracać i próbowałem jej to powiedzieć, spotykałem szalone oczy (jakby ktoś ją zamienił w Goluma czy coś). Potem mówiła:

 -Spokojnie, spokojnie, zaraz coś znajdziesz.

A potem znikała w zaroślach krzycząc coś w stylu:

-Tam na pewno są gąski!!!

 Zacząłem to pieszczotliwie nazywać „Grzyboszaleństwem”.

Tak samo z rybkami. Mój wujek (hmmm… brat mamy), próbował mnie zarazić chodzeniem na ryby. Ale moje wspomnienia to tylko stracone błystki (nigdy nic nie złapałem) i pamięć pleców wujka, znikającego w nabrzeżnych pokrzywach z krzykiem:

-Dawaj Michał! Tam na pewno są szczupaki!!!

To zacząłem naukowo nazywać „Ryboszaleństwem”

W tych historiach jest oczywiście ludzka klatka, ale też jej wyjaśnienie. Chodzi o to, że grzyby i ryby są fajne z powodu losowości (tak jak wcześniejsze przykłady). Ale można z ewolucyjnego punktu widzenia stwierdzić, że skoro takie i podobne czynności łowiecko-zbierackie, były ważne dla przetrwania gatunku, to natura dała nam układ, który sprawia, że je lubimy. W skrócie, nasi przodkowie, którzy lubili sobie pozbierać grzybki czy inne korzonki i połowić (dopaminka, przy czynnościach z losową wypłatą), mieli większą motywację do szukania pożywienia, a przez to większą szanse na jego zdobycie, niż tacy, którzy wyłączali się przy losowych niepowodzeniach.

Szklanka jest do połowy pusta.

Losowość uzależnia. Często wpadamy do klatki Skinnera. Uważaj, jak zadzierasz z dopaminą. Kiedy trudno racjonalnie porzucić ci destrukcyjne zachowania, poszukaj pomocy terapeuty lub terapeuty uzależnień. W tych cudownych czasach, już nie tylko substancje (nota bene, kokaina, amfetamina i alkohol stymulują, a jakże, układ dopaminowy) ale także wiele czynności, skrojonych jest pod układ dopaminowy. Facebook, pornografia, wiele gier komputerowych (losowe paczki z nagrodami), a także wiele „Apek” na smartfony, jest skrojonych przez specjalistów psychologów, po to, żeby cię wciągnąć na dłużej i uzależnić od siebie.

Szklanka jest do połowy pełna.

Przewidywalność jest nudna, więc wrzuć do swojego życia trochę losowości. Poszukaj bezpiecznych klatek, z których łatwo można wyjść. Dopaminka jest solą życia, ale uważaj gdy z nią zadzierasz…

Może jednak rybki i grzybki…?:)

A ty czytelniku, znasz jeszcze jakieś przykłady klatek Skinnera w wersji dla ludzi?

Zapraszam do zostawiania przykładów w komentarzach.

Michał Szadkowski – O mnie

Jeśli chodź trochę Ci się podobało, będzie mi miło jak skomentujesz lub udostępnisz:)

Share

Przygarnij potworka.

Czas czytania: 5 min

Załóżmy, że jest w tobie potworek. Taka malutka, łatwa do przeoczenia istotka. To może być np. „Uwielbiający słodycze” lub bestyjka ”Wypiję jeszcze tylko jednego”. To może być potworek „W lato obracam się za każdą kobietą w sukience” lub tyci demonek „Wstyd się przyznać, ale z przyjemnością patrzę na muskularnych facetów z jednodniowym zarostem i nie ważne, czy potrafią dodawać”.

Bakcylek torebek za pół pensji, nigdy nie skasowanego z telefonu Tindera, albo świntuszek wieczornych, samotnych seansów, przy krótkich filmach bez dialogu, za to, z plejadą zmieniających się aktorek.

W każdym razie, jest to jakaś twoja słabostka, której jesteś bardziej lub mniej świadom, ale która nie mieści się w twoim wachlarzu tematów, którymi dzielisz się z przyszłymi teściami przy wigilijnym stole.

Pewnie próbujesz walczyć z potworkiem. W kuźni słuszności, w ogniu przykazań dobrego żywienia i dobrego smaku, wykuwasz miecz poczucia winy i… szarża na bydlaka. Bitwa.

Uderzasz mocnymi ciosami wstydu i zaklęciami: „To się więcej nie ma prawa powtórzyć”, „Od jutra z tym koniec” i „Tak nie można, co by powiedział/a/eli  (znajomi, mama, tata, mąż, żona, papież)?”.

Wreszcie, po ciężkiej walce i użyciu całej mocy magii poczucia winy, zapędzasz potworka w mroki nieświadomości… i  jak zwycięzca odchodzisz do swoich spraw.

Tylko gdybyś człowieku zobaczył jego minę…

Gdybyś spojrzał…

Zobaczyłbyś wielki syty uśmiech.

A gdybyś przysłuchał się dźwiękom, które wydaje…

To usłyszałbyś błogie: „mniam, mniam, mniam”.

On tylko na to czekał…

Bo im bardziej z nim walczysz, tym staje się silniejszy.

Cykl Życiowy Potworka

Cykl życiowy potworka jest następujący. Pojawia się pod postacią drobnej myśli o grzeszku. Następnie zaczyna tuczyć się na twoim zgorszeniu i poczuciu winy.  Kiedy urośnie wystarczająco, atakuje.

Przejmuje kontrolę, a ty kończysz o 2 w nocy z buzią wysmarowaną resztkami czekolady, niepotrzebną torebką albo trzecią wiertarką. To przynosi ulgę od poczucia winy. Na chwilę. Bo zaczyna się moralniak i zaklęcia „To się więcej nie powtórzy”… Zakończone twoim niby zwycięstwem, a tak naprawdę słodkim ”mniam, mniam, mniam” potworka.

Potworek: Cześć! Może zjemy dziś hamburgera?

Ty: Jestem potworem, skąd u mnie, weganina, takie myśli? Tam krowy i kurczaki giną w męczarniach (poczucie winy).

Potworek: Mmm… mniam, mniam, mniam (Zwiększanie rozmiaru i siły)

Jak widzisz ten nasz pan słodyczowy, zboczony, czy też inny podobny, wszystkie mają jeden ulubiony posiłek, a jest to twoje poczucie winy. Na tym, tak naprawdę, się pasą. Czerpią energię z twojej niechęci i z twojej nienawiści. Taplają się w pogardzie, jak ryba w wodzie. Nie da się z ich zabić. Nie da się ich zniszczyć, nie da się ich pokonać w walce.

Bo im bardziej z nimi walczysz, tym stają się silniejsze…

Communi humana natura monstrum

Zdradzę ci tajemnicę, one wszystkie należą do jednego gatunku. Jego nazwa łacińska brzmi „Communi humana natura monstrum” co  w wolnym tłumaczeniu oznacza: „Pospolity potworek człowieczeństwa”.

Ten sympatyczny stworek, to część twojej cudownej człowieczej natury. To twoje słabostki. Jeśli myślisz, że to tylko twoja przypadłość to, no cóż, źle myślisz. Bo potworek człowieczeństwa mieszka u jakichś 7,5-8 miliardów ludzi, czyli w skrócie, u wszystkich. To część twojej natury. A jeśli myślisz że da się zniszczyć własną naturę, to do zobaczenia o 2 w nocy, w posłaniu ze sreberek po czekoladzie i pustych opakowań po batonikach.

Biada nam! Co robić?

Potworek człowieczeństwa nigdzie się nie wybiera. Potworka nie da się utłuc. Nie da się go zwalczyć, bo on się na tym tuczy. Potworka nie da się usunąć chirurgicznie ani wyleczyć tabletkami. Ale jest inne wyjście…

Zobaczyć go i pokochać. Przygarnąć. Uznać, że jest, będzie i nie wyganiać. Uznać w samym sobie człowieka. Z uśmiechem na ustach przyznać się przed sobą, do własnych słabości. Nie oznacza to, żeby podszeptom od potworka bezmyślnie ulec. Nie. Chodzi o to żeby przyznać i zaakceptować, że są, będą i mają prawo być. Nie oznacza to, że trzeba za nimi podążać. Tylko żeby potraktować je z życzliwością, tak jak traktuje się szczebiot dziecka.

Czyli, kiedy potworek podszeptuje ci jakąś myśl, możesz zareagować oburzeniem i samobiczowaniem. Efekt? On i tak pewnie dostanie czego chce albo utuczysz go poczuciem winy i dostanie to później, jak będzie większy i silniejszy. Możesz też spróbować przywitać go z radością, sympatią i wzruszeniem. Jak dawno nie widzianego przyjaciela, którego znasz od zawsze:

– Wstydź się! Znowu (myślałeś o hamburgerach/spóźniłeś się/ nie trzymałeś diety/ siedziałeś trzy godziny na Fejsbooku/ spędziłeś weekend z Netflixem itd…)co?! Hańba! – krzyczy potworek. W międzyczasie zawiązuje serwetkę pod szyją. I oczekuje z nożem i widelcem na sycącą porcję poczucia winy.

– Oj dawno Cię nie było, Panie stary zgrywusie!

– … – konsternacja potworka.

– Strasznie się cieszę, że Cię słyszę! Co tam u Ciebie?

– … – następuje próba wycofania się do jaskini.

– Muszę Ci coś wyznać… stęskniłem się za Tobą!

– Hańba? – malutki już potworek, cichutkim głosikiem próbuje starych sztuczek.

– Kocham cię Stary!!

– AAAAAaaaaaa……- kochana acz przerażona istotka, ucieka żeby skryć się w zakamarki nieświadomości.

Coś, co żywi się twoją nienawiścią i poczuciem winy, nie potrafi sobie poradzić z twoją akceptacją i życzliwością. Zmniejsza się, traci siłę, i otoczkę grozy. Tylko pamiętaj, to część twojej natury, ona się nigdzie nie wybiera. Jeśli pomyślałeś, że to jest dobra sztuczka na walkę z potworem, że akceptacja jest bronią…To wsłuchaj się … delikatny wietrzyk niesie z jaskini cichutkie, mniam, mniam, mniam.

Wzruszający jest ten nasz ludzki los

Ram Dass, nauczyciel duchowy z linii hinduizmu, podzielił się kiedyś swoją praktyką. Po 20-30 latach bycia nauczycielem i guru. Po długoletniej pracy i walce ze sobą. Kiedy zauważył, że bycie świętym nie zwalnia od spogląda na kobiety, czy tam, że objadł się słodyczami jak degenerat (to jego słowa). Dotarło do niego, że co jak co, ale on naprawdę się starał. I, że co jak co, ale on kurczę, naprawdę był święty. I zrozumiał, że to nie pomogło i nie wyleczyło go z człowieczeństwa…

Kiedy wreszcie to do niego dotarło, przestał się samobiczować i zaczął mawiać: „ jaki wzruszający jest człowiek, którym jestem”. Kiedy zaakceptował, że lubi słodycze. Kiedy dał sobie do tego prawo. Właściwie przestał je jeść. Chociaż, od czasu do czasu zjadł, z pełną miłością do siebie, jakieś potwornie tłuste ciastko.

Jeśli akceptacja jest szczera, jeśli zaakceptujesz i przygarniesz potworka. Jeśli nie będziesz go karmił poczuciem winy i wstydem. W skrócie, jeśli zaakceptujesz, że jesteś tylko człowiekiem, że masz słabości i że wszyscy jakieś mają, on pozostanie z tobą na zawsze, ale nie jako monstrum grozy. Tylko jako słodkie zwierzątko, które, od czasu do czasu, próbuje jakoś psocić.

Tu spróbuje podszeptać ci jakieś okropieństwo. Tam spróbuje podpuścić do samobiczowanka.  A ty, z pobłażliwością i łezką w oku zaśmiejesz się życzliwie, poklepiesz go po pleckach i podrapiesz za uszkiem. A potem wrócisz do swoich spraw. Życie może być znośne. I może się nawet skończyć od czasu do czasu małą czekoladką na diecie … pyszną i bez poczucia winy.

Wzruszający jest ten nasz ludzki los… więc przygarnij potworka.

Michał Szadkowski – O mnie

Jeśli chodź trochę Ci się podobało, będzie mi miło jak udostępnisz lub zostawisz komentarz:)

Zobacz tez najnowszy wpis.

Share

Opowieść o myśliwym, niedźwiedziu i najbardziej oklepanym tekście, w historii filozofii egzystencjalnej.

Czas czytania: 2 min

Był sobie młody myśliwy Karol. Pewnego razu poszedł na polowanie. Chodził po lesie, aż nagle spotkał niedźwiedzia. Niedźwiedź był niedźwiedziem, wiec ryknął, warknął, stanął na tylnych lapach i rzucił się do ataku.  Karol nie zastanawiał się długo, odwrócił się na piecie i zaczął uciekać. Nie dość szybko jednak. Nagle poczuł na nodze ostre uderzenie niedźwiedzich pazurów. To go zmobilizowało i w końcu uciekł. Dobiegł do wioski…

– Niedźwiedź! Niedźwiedź mnie okaleczył. Rozwalił mi nogę!

Mieszkańcy wioski zbiegli się, żeby zobaczyć naszego poranionego myśliwego.

Karol zaczął krzyczeć z bólu i złorzeczyć na niedźwiedzia i własny los.

Tak był zajęty swoją urazą, że nie miał czasu iść do lekarza, żeby ten opatrzył mu obrażenia. Wdało się zakażenie, rana źle się goiła. Pojawiła się gorączka. Nasz bohater obudził się w domu medyka. Niestety z amputowaną nogą. Kiedy to zobaczył, ogarnęła go wściekłość i żal. Wydał z siebie ryk:

– Dlaczego JA!!???

Przybiegł lekarz, próbował uspokoić naszego bohatera. Pocieszyć, nauczyć go korzystać z protezy.  Bez rezultatu.

Nasz bohater odtrącał wszelką pomoc. Myśli o niesprawiedliwości i przeklętych niedźwiedziach, zajęły go całkowicie. Zaczął żebrać i pić. Pogrążał się w swojej urazie.

Tak wiódł swoje dni. Opowiadając za garść monet, każdemu, kto jeszcze chciał go słuchać, swoją historię… mijały lata.

Któregoś dnia Karola obudziły krzyki i wiwaty z ulicy.

– To Sar!

– Brawo Sar!

Karol otworzył oczy i zobaczył człowieka.

Człowieka bez nogi, z hakiem zamiast ręki, kierującego się w stronę lasu.

Bratnia dusza – pomyślał – ten to mnie zrozumie…

– Jestem Karol, a Ty kim jesteś?

– Jestem Sar.

– Co ci się stało? – spytał nasz były myśliwy.

– Niedźwiedź odgryzł mi rękę i tak mnie poharatał

że lekarz musiał odciąć mi nogę – odparł Sar.

– Rozumiem! Dobrze rozumiem! Cholerny niedźwiedź!

– A ty jak sobie radzisz? – spytał Sar.

– Miałem być myśliwym, ale przez niedźwiedzia straciłem nogę.

Przeklęty niedźwiedź. Jak mam godnie żyć bez nogi?!!

– Hmm to ciekawe, ja idę do lasu polować – powiedział Sar.

– Ale… ale przecież… niedźwiedź odgryzł ci nogę!?

Sar spojrzał mu w oczy i powiedział spokojnie.

– Nie ważne, co z tobą zrobiono, ważne, co Ty zrobisz, z tym, co z tobą zrobiono.

Poprawił protezę, zahaczył kuszę o hak i jak co dzień pokuśtykał do lasu… na polowanie.

Michał Szadkowski – O mnie

Jeśli chodź trochę Ci się podobało, będzie mi miło jak udostępnisz:)

Share

Jakie to Banalne…

Czas czytania: 3 min

Działo się to w Chinach, kilka tysięcy lat temu…

Sun Tzu jeszcze się nie narodził, Konfucjusz był niemowlakiem, a Lao-Tze, no cóż, był Lao-Tze, więc nie wiadomo właściwie co się z nim działo…

Noc

Poeta Xiao Li siedział w celi śmierci. Podczas jednego ze swoich wystąpień publicznych, nieopatrznie i złośliwie zadrwił z cesarza. Jakieś nieżyczliwe języki doniosły komu trzeba, a cesarskie sądy w tamtych czasach, miały tylko jeden sposób na obrazoburców nefrytowego tronu. Wyrok zapadł szybko i bez odwołania.

Xiao nie mógł się z tym pogodzić, przez głowę przelatywały mu plany epickich tomów, których nie zdążył napisać i marzenia o smaku wina, którego nie zdążył wypić. Rozmyślał nad nieskończonymi manuskryptami i szkicami wierszy, które leżały w szkatułce pod jego łóżkiem.

– Gdybym miał jeszcze czas… choć jeden rok… chociaż miesiąc – myślał z udręką.

Kiwał się na swoim posłaniu, kiedy nagle z przeszywającym „Bonggggg….” uderzył dzwon, zwiastujący północ w cesarskim mieście.

Xiao li zamarł na kilka chwil… nagle, otworzył szeroko oczy i zaśmiał się gromkim śmiechem. Z rękawa wyszarpnął kawałek szaty, a z włosów węgielek do pisania. Gorączkowo zaczął notować. Kiedy skończył, przyjrzał się notatce. 

– Jakie to banalne – powiedział cicho i uśmiechnął się do siebie.

Rozejrzał się po celi. Zauważył pozostawiony tam chleb i wodę. Spokojnie podszedł do miski, usiadł z nią na łóżku i zaczął żuć ze smakiem chleb. Następnie wziął łyk wody, posmakował przez chwilę i wychłeptał ją do końca. Oblizał się jak syty kocur. Wstał, rozprostował się, zrobił z namaszczeniem kilka kroków, kilka oddechów. Następnie spokojnie położył się na łóżku i smacznie zasnął.

Dzień

Następnego dnia, poeta dziarskim krokiem podążył za strażnikami na miejsce kaźni. Podszedł do kata i ukłonił mu się z szacunkiem. Rozejrzał się po świecie. Wziął oddech i z uśmiechem położył głowę pod miecz. Jedno szybkie cięcie zakończyło czas Xiao Li.

Stary kapitan straży, który sprzątał celę po poecie, zobaczył kawałek tkaniny na łóżku. Już miał ją wyrzucić, kiedy ujrzał nakreślone na niej znaki. Był starym kapitanem i umiał czytać, więc tak też się stało, że przeczytał ostatni wiersz Xiao Li.

– Jakie to banalne – pomyślał po lekturze.

Kilka dni później…

Kilka dni później na radzie pałacowej, Cesarz rozważał co zrobić z barbarzyńcami, nękającymi północne prowincje. Wiele już lat wysyłał karne ekspedycje, ale to było jak walka z deszczem. Plemiona uchylały się przed armią cesarza, jak woda przed mieczem. Cesarz poprosił o radę. Jeden z inżynierów cesarskich przedstawił pomysł wielkiego muru.

– A ile to zajmie?! – spytał Cesarz.

– Około 80 lat, Panie – odpowiedział inżynier.

– Jaki sens ma zaczynanie czegoś czego ani ja ani ty, nigdy nie skończymy? – Zastanawiał się na głos Cesarz.

Wtedy do Cesarza podszedł kapitan straży. Szeptał mu chwilę do ucha i wręczył mu kawałek szaty z ostatnim wierszem Xiao li.

– Jakie to banalne – po lekturze, powiedział Cesarz.

Nagle zastygł w bezruchu… Przez chwilę patrzył nad głowami dworzan w odległy punkt sali tronowej… Równie nagle jak zastygł, otrząsnął się i pewnym głosem wydał 2 dekrety… Rozkazał rozpocząć budowę muru i…postawić pomnik Xiao Li.

80 lat później…

80 lat później obecnie panujący Cesarz, wnuk starego cesarza, patrzył na odsłonięcie pomnika Xiao li. Właśnie wypełniał jedno z ostatnich życzeń swego dziada. Jego dziad prosił, aby w dniu ukończenia Wielkiego Muru, postawić pomnik poety, a na cokole wyryć jego ostatni wiersz.

– Jakie to banalne – pomyślał Cesarz, patrząc na cokół pomnika stojącego u stóp wielkiego muru. Następnie, ciepło się do siebie uśmiechnął i odszedł, aby zająć się cesarskimi sprawami…

Na cokole było wyryte:

„Motyl tylko kilka dni, swym pięknem błogosławi łąkę,

Kwiat rozkwita pełnią swego blasku i umiera,

Nieważne ile masz jeszcze czasu,

znaczenie ma tylko, jak go spędzisz…”

Michał Szadkowski – O mnie

Jeśli chodź trochę Ci się podobało, będzie mi miło jak udostępnisz:)

Share

Niecierpliwy głód.

Czas czytania: < 1 min

Pewien człowiek miał ochotę na szarlotkę. Postanowił ją upiec własnoręcznie.
Znalazł przepis, sprawdził składniki i zobaczył, że może zacząć.
Przepis podawał, że za 3 godziny będzie mógł cieszyć się pysznym ciastem.
3 godziny? Pomyślał. To za długo. Nie mogę tyle czekać. Poszukam innego przepisu.
Przez następną godzinę przeszukiwał znalezione w domu książki kucharskie,
aż znalazł przepis, który obiecywał szarlotkę w 2 i pół godziny.
2 i pół godziny? Pomyślał. To za długo. Nie mogę tyle czekać. Poszukam lepszego przepisu.
Przez następne godziny przeszukiwał Internet, aż znalazł przepis na pyszną szarlotkę w 2 godziny i 15 minut.
2 godziny i piętnaście minut?? Pomyślał. Nie mogę tyle czekać. Chcę szarlotkę natychmiast.
Może odwiedzę znajomego eksperta kucharza, jeśli nawet on nie zna przepisu,
to może mi chociaż poleci kogoś kto zna. Musi być jakiś sposób… Wyruszył.

Słyszałem, że od kilku tygodni ten człowiek nie zjadł szarlotki.
Nie miał kiedy. Cały czas szuka przepisu, który da mu szarlotkę natychmiast.

Michał Szadkowski – O mnie

Jeśli chodź trochę Ci się podobało, będzie mi miło jak udostępnisz:)

PS.
Istnieje też, podobno przez kogoś wymedytowany, komentarz do tej opowiastki.
Oto on:
Jeśli poradzisz sobie z czasem, poradzisz sobie z lękiem.
Jeśli poradzisz sobie z lękiem, poradzisz sobie z życiem

Share

Nasrudin i rzeka

Czas czytania: 2 min

Pewien człowiek odbywał pielgrzymkę. Szedł właśnie leśną ścieżką niedaleko Indusu,
kiedy z zarośli, od strony rzeki, wybiegł Nasrudin. W ogromnym pośpiechu minął pielgrzyma,
prawie uderzając w niego, trzymanym w ręku, pustym wiadrem. Następnie zniknął po drugiej stronie ścieżki.
Człowiek przystanął zdziwiony, nasłuchując, jak z wielkim hałasem Nasrudin przedziera się przez las.
Dźwięk oddalał się, ucichł na dłuższą chwilę, a następnie zaczął się powoli przybliżać.
Po chwili z zarośli, w pędzie, wybiegł Nasrudin. Krzyknął do pielgrzyma:

-Zejdź mi z drogi! Bardzo się spieszę!

Znów go wyminął, tym razem taszcząc ze sobą wiadro pełne wody.
Pielgrzyma ogarnęła ciekawość, zadumał się na chwilę. I kiedy dumał, znów minął go zdyszany Nasrudin,
znikając w głębi lasu, z pustym wiadrem. Pielgrzym słuchał oddalającego się hałasu. I po chwili, tak jak się spodziewał,
usłyszał Nasrudina przedzierającego się przez las z wiadrem pełnym wody.
Zaczaił się i kiedy zobaczył wyłaniającego się z zarośli biegacza, stanął mu na drodze.

-Stój! Powiedz mi! Co robisz?

-Głupcze nie przeszkadzaj! Nie mam czasu! Mam ważne zadanie!

Pielgrzym chciał spytać, jakie zadanie, ale w tym momencie,
Nasrudin wyrwał się i zniknął w zaroślach. Człowiek pobiegł za nim.
Ledwie nadążył za zdeterminowanym biegaczem. Po chwili dotarli do rzeki.
Pielgrzym ku swemu ogromnemu zdumieniu zobaczył jak, w biegu, Nasrudin chwyta wiadro
i wyuczonym, pewnym ruchem, wylewa całą wodę do leniwie płynącego Indusu, a następnie  obraca się na pięcie
i jak pewnie się domyślacie, znika w lesie. Pielgrzym stanął jak słup soli. Nie umiał zrozumieć tego co widział.
Kiedy Nasrudin znów się pojawił i wylał, nie zatrzymując się, pełne wiadro wody do rzeki, pielgrzym ruszył za nim.
Zrównał się z Nasrudinem. I zaczął pytać:

-Co ty właściwie robisz?
-No jak to, co? Biegnę po wodę do studni!
-Ale czemu to robisz?
-Oczywiście żeby dolać wody do Indusu!
-Ale po co?
-No wiesz, robię to, od jakiegoś czasu.
-Ale, po co?!!
-Jak to, po co?!! Przecież, jeśli przestanę Indus może wyschnąć!
-Ale przecież Indus ma się dobrze, zobacz ile ma wody!
-Noooo… pięknie płynie, ta moja rzeka, ale kto wie, co by się stało gdybym przestał?

A Tobie, czytelniku, jak często wydaje się, że świat się zatrzyma,
jeśli przestaniesz robić te wszystkie „ważne” rzeczy?

 

Michał Szadkowski – O mnie

Jeśli chodź trochę Ci się podobało, będzie mi miło jak udostępnisz:)

Share